Stat crux dum volvitur orbis.
|
|
|
Tłumaczenie
własne fragmentu broszury pt. "I Certosini di Farneta" - Kartuzi z
Farnety
Święty
Bruno
Na
uwielbienie chwały Boga, Chrystusa, Słowa Ojca, który za pośrednictwem
Ducha Świętego zstępuje od
początku na ludzi, aby prowadzić ich w
samotności i zjednoczyć z sobą w intymnej miłości (Statuty,
1.1). Jednym z tych ludzi był Bruno z Kolonii, kanonik i
mistrz katedralny z Reims. Po walce o wolność i reformę Kościoła, został
wezwany przez Boga do opuszczenia wszystkiego i wkroczenia na drogę ku samotności,
aby Go spotkać. Ta droga zawiodła go do prawie niedostępnego miejsca w
dolinie Chartreuse (Kartuzja) w Alpach Delfinackich, gdzie w 1084 założył
klasztor przypominający wschodnią „ławrę” (łac. laura):
cele pustelnicze otaczające mały kościół, w którym eremici zbierają się
na liturgię. Taka właśnie powstał w swych zasadniczych rysach obecny kształt
życia kartuskiego. Wezwany do Rzymu przez Urbana II, po krótkim pobycie na papieskim dworze, prosił i otrzymał zgodę na to, by móc powrócić do życia pustelniczego W tenże sposób założył w Kalabrii nowy erem podobny do Kartuzji. Tutaj też umarł w opinii świętości dnia 6 października 1101. To pragnienie szukania Boga na samotności przez Brunona i jego pierwszych współbraci rozwinęło się później w Zakon kartuski. Uchwycić
to, co wieczne
Sam Bruno tak opisał łaskę, która radykalnie
zmieniła bieg jego życia: Paleni (Bruno
i jego towarzysze) Bożą miłością,
przyrzekliśmy wypełnić ślub i zdecydowaliśmy się opuścić przemijające
uroki świata i próbować uchwycić to, co jest wieczne (Lista do Radulfa,
13). Fugitiva relinquere et eterna captare: w tych słowach Bruno zawarł syntezę swego wewnętrznego poruszenia, danego mu przez Boga w stanie łaski, która od tego czasu prowadziła go, czy raczej nieustannie popychała coraz bardziej do przodu. Palony tym ogniem wewnętrznym, który nie dawał wytchnienia, szukał jak uchwycić to, co wieczne, by zjednoczyć się z Bogiem samym, zatrzymać Go w sobie, gdyż to Bóg pierwszy zdobył Brunona i spoczął w jego sercu. Takie jest właśnie to wewnętrzne poruszenie: opuścić-zdobyć, ciągła dialektyka śmierci-życia, owo ciągłe „napięcie” paschalne, wytwarzane przez głęboki duch Kartuzji, przez jej szczególny charyzmat, z siłą nadający kształt także w jej rysach zewnętrznych, które niekiedy wprawiają w oszołomienie tych, którzy w żaden sposób nie biorą udziału w jej misterium. Spędzanie w całości swego życia na poszukiwaniu i adoracji zakrytego
Oblicza Boga, po trzykroć Świętego, poszukiwanego i upragnionego bardziej niż
jakakolwiek inna rzeczywistość, jest darem uczynionym Brunonowi przez Ducha Świętego,
a za jego pośrednictwem – także nam. Na tym polega to posiadanie Boga, które jest
dobrym i szlachetnym celem, a wyklucza wszelkie inne drugorzędne. Ten cel jasno
wyznaczają mnichowi Statuty kartuskie:
Szukać Boga żarliwiej we własnym wnętrzu,
znajdować Go chętniej i zachowywać doskonalej (cf. Statuty, 1.4). Gorące
pragnienie (captare) współżycia z
Bogiem, opuszczenie (relinquere)
wszystkiego poza Nim: oto jedyny cel kartuza, to pragnienie, które sam Bóg
jako pierwszy złożył w sercu Brunona i w sercu jego synów: Dusza, która przynajmniej w części dostrzega nieporównywalną łaskę,
blask i piękno tego dobra, zapala się płomieniem miłości wykrzykując: ”Dusza
moja Boga pragnie, Boga żywego, kiedyż więc przyjdę i ujrzę oblicze Boże?”
(Do Radulfa, 16). To pragnienie Boga można zaspokoić, i jest to możliwe
w tym życiu, więc mnich zatapia się w samotności, w milczeniu, w ukryciu, a
wszystko to stwarza klimat, w którym rozwija się życie w Kartuzji. Jednak zewnętrzne odgrodzenie od świata, którego
klauzura jest znakiem i instrumentem, nie jest pierwszym krokiem ku spotkaniu z
Bogiem. Tym, co pozostaje, tą zasadniczą przeszkodą, stającą na drodze do
zjednoczenia się z Bogiem, do którego dążymy, jest w rzeczywistości przywiązanie
do samego siebie. Pozostawienie tego, co
przemijające jest jedynie początkowym aspektem działania, które skłania
kartuza do pozostawienia świata i siebie samego; celem tego działania, które
jako jedyne nadaje sens i wartość jest pragnienie uchwycenia tego, co wieczne, zjednoczenia z Bogiem ukochanym
bezgranicznie. To jest właśnie zdobycie owej cennej perły, tego ukrytego
skarbu, dla którego mnich odda wszystko i siebie samego. To nadzieja na
spotkanie Boga, który podtrzymuje go w drodze, doradza we wszystkich jego
wyborach i kształtuje z siłą jego życie, także w jego obrazie zewnętrznym. Zasadniczy rys tego obrazu uwidacznia się w św.
Brunonie. Jak zauważyli jemu współcześni, był on światłością
ze Wschodu i dawną gorliwością egipskich klasztorów[1],
które kartuzi nieśli w ciemnościach
Zachodu i mrozach Galii. Był wzorem życia pustelniczego, które wydawało się,
że umarło, ale teraz wraca do życia[2].
Było to zatem życie pustelnicze, w warunkach całkowitego
wyrzeczenia się, radykalizmu i ogołocenia, lecz zarazem ubogacone w życie
braterskiej miłości, i taką to formę wybrał św. Bruno jako najbardziej
odpowiednią do swych poszukiwań Boga; opisał takie życie w zwięzłej
formule: mieszkam na odludziu z braćmi
(Do Radulfa, 4). Samotność
Każda kartuzja jest „pustynią”, miejscem
odosobnionym, do którego nie ma przystępu hałas świata. Ta pustynia
przyjmuje konkretną rzeczywistość i nabiera kształtu w dbałości o celę: Ideał naszej profesji polega zasadniczo na czuwaniu w ciszy i samotności
celi. Jest ona ziemią świętą i miejscem, w którym Pan i jego sługa często
rozmawiają z sobą, jak przyjaciel z przyjacielem. To w niej bardzo często
wierna dusza jednoczy się ze Słowem Boga, oblubienica poślubia swego Umiłowanego
(Statuty, 4.1). Ta cela, ze swymi białymi i ogołoconymi ścianami,
staje się wreszcie miejscem naszego pielgrzymowania, naszego powrotu z „ziemi
obcej” do ziemi obiecanej ukazanej przez Boga; tutaj mamy nadzieję uchwycić to, co wieczne, tak jak to obiecał Bóg, że zwabi nas na
pustynię, aby nam przemówić do serca. Bruno złożył ślub oddania się poszukiwaniu
Boga palony miłością Bożą (Do
Radulfa, 13), a dla niego życie kontemplacyjne to życie w miłości, miłości,
której nie wstydził się wyznawać w śmiałych obrazach jako miłości
oblubieńczej. Jest ona (życie
kontemplacyjne) jak przepiękna Szunemitka,
jedyna taka znaleziona w całym kraju Izraela, młoda, potrafiąca pieścić i
rozgrzać starego Dawida. Obyś, mój bracie najdroższy, i ty ją umiłował
ponad wszystko inne, a rozgrzany od jej uścisków, mógł rozpalić się miłością
Bożą. Jeśli choć raz jej miłość zagości w twym sercu, natychmiast ta
zwodnicza i przymilna oszustka, którą jest chwała tego świata, zbrzydnie ci (Do
Radulfa, 7). Według Brunona na odludziu przede wszystkim poszukuje
się owego oka, które pogodnym wejrzeniem rani miłością Oblubieńca
(tamże, 6). Tak więc miłość i tylko miłość wiedzie
kartuza w samotności, a zjednoczenie z Bogiem jest dla niego najistotniejszym
dziełem miłości; jest jednością w miłości, której szuka z całego
siebie, ponieważ wie, że Bóg, który go uwiódł nie jest Bogiem filozofów,
lecz Bogiem Jezusa Chrystusa, Tym, który z Nim objawił się nam jako Miłość
(cf. 1J 4,16). Z miłości pragnie ofiarować się całkowicie Temu, który
pierwszy go umiłował; ma nadzieję, że już w tym życiu, może należeć do
Niego bez granic, zjednoczyć się bez przeszkody, kontemplować Go i ujrzeć,
ponieważ wie, że Bóg pierwszy zapragnął tego zjednoczenia. Owa jedność, która jest wielce osobista, ma
miejsce w ukrytej głębi każdego i domaga się przebywania w największej
ciszy i powściągliwości oraz pozostawania w cieniu wiary i krzyża, aby mogła
osiągnąć swą pełnię. Jednak ściany celi nie chronią tylko od przeszkód
zewnętrznych. Bardzo szybko, jak powiedziano, mnich uświadamia sobie, co daje
mu samotność, jakie przeszkody w całkowitym oddaniu się Bogu są pochodzenia
wewnętrznego, a które nosi w sobie od dawna. Kto wkracza na drogę
poszukiwania Boga w samotności, wkrótce odkrywa, że „świat” jest
bardziej w jego sercu niż za murami klauzury. Przesycony ciszą klimat kartuzji
jest tylko środkiem, choć środkiem niezbędnym, ponieważ prawdziwa
przeszkoda zostaje ustawiona w świetle, wypływa z mętnych głębin, w których
się znajdowała i może, z łaską Ducha Świętego, zostać przezwyciężona i
pokonana. Będzie doświadczał jak długa
jest droga prowadząca przez ogołocone z roślinności tereny
[...]
zanim dojdzie do źródeł wody
i ziemi obiecanej (Statuty, 4.1). Przekona się na samym sobie, że nie
po co wchodzić do tej ciszy (zjednoczenia z Bogiem), jeśli
później nie będzie się wystawiał na trudną walkę (Statuty, 3.2). I takie jest, w gruncie rzeczy, jedyne prawdziwe
zajęcie mnicha, taka jest ta aktywna
bezczynność, o której mówi św. Bruno, będą kontynuatorem całej
tradycji monastycznej, ten żmudny spokój
(Do Radulfa, 6), pracowity wysiłek zachowywania spokoju w sercu, aby totalnie
oddać się Bogu: Naszym powołaniem jest
trwanie w nieustannym czuwaniu w Bożej obecności (Statuty, 21.15). Jest to zatem oczekiwanie w ciszy i z nieruchomym sercem, w „cierpliwości kartuskiej”, czyli czuwanie stojąc wytrwale na straży, w oczekiwaniu na ponowne przyjście Pana, by niezwłocznie otworzyć, kiedy tylko zapuka (Do Radulfa, 4): „Ten będzie ukochanym sługą, kto stoi nieruchomo u drzwi, czuwa uważnie, zajęty otwieraniem, gdy tylko posłyszy pukanie. Ani zmęczenie, ani głód, ani troski, ani zaproszeni przyjaciele, ani zniewagi, winy czy szyderstwa, ani głosy, które krążą wokół niego, według których jego pan umarł albo zagniewał się na niego i postanowił mu sprawić ból, krótko mówiąc – nic go nie odciąga ani na moment od oczekiwania [...] Jego stan oczekiwania jest tym, co zwykle nazywamy ‘cierpliwością’ [...] : oznacza oczekiwanie w bezruchu, na przekór wszystkim ciosom i ruchom, które usiłują nim wstrząsnąć”[3]. A oto, co jeszcze napisał Guigo: Uważamy, że nie ma nic bardziej żmudnego w doświadczeniach życia zakonnego niż spokój, cisza i samotność[4]. Tak więc, poprzez sumienność w tym wysiłku trwania w ciszy, samotność przyjmuje w całości wymiar paschalny - wymiar, którego na początku mnich nie odczuwa, lecz z czasem zacznie się coraz mocniej uwydatniać. Wierność ciszy staje się sposobem, by wraz z Chrystusem obumrzeć wobec siebie i grzechu, i wraz z Nim powstać, by żyć dla samego Boga. Staje się miejscem, w którym doświadczamy często bolesnego i raniącego ubóstwa, w którym uświadamiamy sobie naszą grzeszność, bez możliwości ukrycia się tak przed samym sobą, jak i przed spojrzeniem Boga. Jeśli mnich postanowi się sam od siebie, że wytrwa na tej drodze pokory i własnej bezsilności, wówczas odkryje, w jaki sposób jego samotność stawia go w jedności z braćmi w człowieczeństwie, będącymi jak on grzesznikami, lecz tak jak i on - bezinteresownie ukochanymi przez Boga; staje się człowiekiem łagodnym i współczującym, gdyż on pierwszy odczuł na sobie, bez jakichkolwiek granic, miłosierne współczucie Boga. Zdaje sobie sprawę, że to już nie on szuka Boga, jak mu się ostatnio wydawało, ale że to Bóg szuka jego, i to szuka go z całym zapałem nie po to, by obdarzyć cnotami, których on nie ma, czy wynagrodzić zasługi, których przecież nie zdobył, lecz tylko dlatego, by wypełnić go i bezinteresownie obdarzyć samym sobą. Zatem pustelnik rozumie, że jego samotność i zamknięcie nie stawia go poza światem, lecz w sercu całego świata i Kościoła...
[1] Wilhelm z St.-Thierry, List do kartuzów z Mont-Dieu, S.C. 223, p.144 [2] Ibidem. Ok. 1150 r. w podobnym sensie wypowiada się także o kartuzach Piotr Czcigodny, opat Cluny; cf. De Miraculis libri duo, PL 189, 943-945 [3] S. Weil, Teoria sakramentów (wł. Teoria dei sacramenti), w: Miłość Boga (oryg. L’amore di Dio), Rzym, Borla 1979, str. 221-222 [4] Guigo, Consuetudini di Certosa, 14, 5, str. 196 |